wtorek, 17 marca 2015

Szósty, bo już jest wysoko.

Znalazłeś mnie rano na podłodze mojej małej łazienki i od razu wszcząłeś panikę. Być może widok kobiety leżącej w krwi obok roztrzaskanego lustra może być trochę przerażający, ale nic mi się przecież nie stało. A Ty od razu zawiozłeś mnie do szpitala. Miałam tylko trochę rozciętą rękę i potłuczone palce. Przez całą drogę powrotną nie powiedziałeś ani słowa. Wcześniejszą troskę i strach zastąpiła nieznana mi dotąd mina, która nie wyrażała żadnych uczuć ani emocji. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Wybuchu gniewu? Gdy dotarliśmy na miejsce, bez słowa pomogłeś mi wysiąść z wozu i zaprowadziłeś do mieszkania. Było tam już posprzątane. Usiadłam na kanapie i spojrzałam na Ciebie. 
-Luiza, co się dzieje? -zapytałeś pewnym, ale łagodnym tonem. 
-Nic. -wyrwało mi się od razu, na co zmroziłeś mnie wzrokiem. 
-Dlaczego to zrobiłaś?
-Co zrobiłam?
-Uderzyłaś w to lustro? Chciałaś sobie coś zrobić? -usiadłeś obok mnie i spojrzałeś mi w oczy. 
-Nie. Tylko.. -odparłam trochę niepewnie. -Mam już tego dosyć. -zebrałam w sobie tą odwagę. Postanowiłam, że powiem Ci wszystko. 
-Nie rozumiem. 
-Wiesz jak to jest być ciągle na drugim miejscu? Ciągle zastąpioną przez coś lepszego? Ciągle ignorowaną? Ja mam już tego dość. Chcę wiedzieć na czym stoję. Wiesz, tu w Rzeszowie mnie nic nie trzyma. Nie uczę się, nie mam pracy, nie mam rodziny. Jestem tu praktycznie sama...
-Chcesz wyjechać? 
-Nie. Nie chcę wyjeżdżać. Chcę po prostu wiedzieć, co między nami jest. -powiedziałam na jednym wdechu. Byłam strasznie zdenerwowana. 
-Lui, wiesz, że jesteś dla mnie.. -zacząłeś, ale nie było dane Ci dokończyć, ponieważ zadzwonił dzwonek. Szczerze to nawet się ucieszyłam. Bałam się tego co powiesz. W drzwiach stał Krzysiek Ignaczak.
-Cześć piękna. Zastałem Nikolaya? 
-Cześć. Akurat tak. -przywitaliśmy się i wszedł do mieszkania. Ku mojemu zdziwieniu chciał osobiście dopilnować, aby szanowny Penchev pojawił się dziś na treningu. Tak więc musieliśmy przełożyć naszą rozmowę na kiedy indziej, a dodatkowo poruszyć właśnie temat Twoich rzekomych treningów. 

niedziela, 22 lutego 2015

Piąty, bo przyjemnie ogrzewa.

Gdy obudziłam się dzisiejszego ranka, okazało się, że wcale nie jest ranek. Na zegarku widniała godzina szesnasta. Czyli przespałam cały dzień. Ale przynajmniej nie czułam już takiego mocnego bólu głowy po mojej popijawie. Od Ciebie nie dostałam żadnej wiadomości. Telefon milczał. Postanowiłam, że nie będę już się tym przejmować i zaczęłam sprzątać. Moje plany jednak bardzo szybko legły w gruzach. Usłyszałam dzwonek i popędziłam do drzwi. A w nich Ty. Moje serce szybciej zabiło. A Ty popatrzyłeś dziwnym wzrokiem. No tak! Zapomniałam się dzisiaj ogarnąć i zapewne wyglądałam jak kupa nieszczęścia. A nawet gorzej. Posłałam Ci przepraszające spojrzenie.
-Luiza coś się stało? -Zapytałeś wchodząc do środka.
-Nie. Przepraszam, że tak wyglądam. Sprzątałam trochę. -odpowiedziałam spuszczając wzrok. Ty jednak mi nie uwierzyłeś. Weszłeś do salonu i skrzywiłeś się.
-Ty piłaś? Strasznie tu śmierdzi. 
-Nie.. to znaczy.. Tylko kilka kieliszków. -Powiedziałam zmieszana. Ty usiadłeś na kanpie i wbiłeś we mnie swoje piękne spojrzenie. 
-Lui, co się dzieje? Dlaczego się upijasz? Wiem, że to już któryś raz z rzędu. -westchnęłam.
-Niko, mówiłam Ci już. Niektórzy mogą mieć problemy.
-A ja ci mówiłem, że możesz powiedzieć mi o każdym takim problemie. -zirytował mnie ton Twojego głosu.
-Przyszedłeś tu i będziesz mi teraz prawił kazania? -zapytałam oschle. 
-Martwię się Lui. -odparłeś. Mimo, iż od razu zmiękło mi serce, to chciałam być choć trochę twarda.
-Pewnie. -prychnęłam. Ty zdziwiłeś się. 
-Lui, nie poznaję cię. Czemu jesteś taka oschła? -zapytałeś. Chciało mi się płakać. I co Ci teraz miałam powiedzieć? Prawdę? Być może byłoby to najlepszm rozwiązaniem. Ale ja jak zwykle wolałam uciekać przed niewygodnym. Naprawdę nienawidziłam w sobie tej cechy.
-Przepraszam Nikolay. Po prostu mam zły dzień. -Znowu stałam się Twoją wierną i wszystko wybaczającą przyjaciółką. Taka cholerna była ze mnie aktorka. Uśmiechnęłam się sztucznie i usiadłam obok Ciebie. Popatrzyłeś na mnie tak dziwnie. Ale zaraz również się uśmiechnąłeś.
-To co? Oglądamy coś? -zapytałeś. Skinęłam głową. Włączyłeś jakiś film i usadowiłeś się jak zawsze, głową na moich kolanach. W pewnym momencie odwróciłeś twarz w moją stronę.
-Do jakiego miejsca chciałabyś najbardziej pojechać? -zapytałeś, a ja zmarszczyłam brwi.
-A czemu pytasz?
-Tak sobie. Chciałbym wiedzieć.
-Hyym. Nie wiem. Może jakieś ciepłe wyspy? Albo Paryż.. -Ty tylko skinąłeś głową i wróciłeś do filmu. Po kilkudziesięciu minutach zwinąłeś się do domu. Kolejny raz olałeś mnie dla jakiejś panny. A ja miałam tego już na prawdę dość.
Znowu przestałam się liczyć, a Ty pobiegłeś do jakiejś Swojej przeuroczej koleżanki. Nienawidzę takich momentów. Mam wtedy ochotę zostawić to przeklęte życie i uciec tam, gdzie mnie nikt nigdy nie znajdzie. Gdzieś, gdzie będę sama. Tylko ja i moje myśli. Ale oczywiście tego nie zrobię. Zbyt wiele już poświeciłam i mam tą chorą nadzieję, że w końcu mnie dostrzeżesz. Nie tylko jako koleżankę, ale jako kobietę. Tak bardzo tego pragnę. Ale Ty kolejnym swoim wyjściem przydeptujesz tą nadzieję. Coraz bardziej też pragnę tego abyś ją w końcu zadeptał całkowicie. Nie dawał żadnych szans. Powiedział po prostu: "Jesteśmy tylko przyjaciółmi i nikim więcej". Wiedziałabym na czym stoję. A teraz nie wiem nic. Kolejny wieczór spędzony na rozmyślaniu i piciu. Jeszcze trochę i się uzależnię. O ile już nie jestem uzależniona. W tym momencie sama nie wiem. Nie pamiętam dnia, kiedy nic nie wypiłam. A wiesz przez kogo to? Przez Ciebie kochany. Tylko i wyłącznie. Oraz przez moją głupotę. Chciałabym mieć choć trochę odwagi, aby móc z Ciebie zrezygnować. Odkochać się. Ale tak się nie da. Nie potrafię przestać o Tobie myśleć. Jesteś dla mnie narkotykiem. Właśnie zdałam sobie sprawę, że jestem wielkim tchórzem. Nie zostawię Cię i nie wyjadę, nie ułożę sobie życia, bo się boję. Boję się samotności, odrzucenia, cierpienia. Uciekam przed cierpieniem jednocześnie je sobie zadając. Rzeczywiście jestem nienormalna. Masz całkowitą rację, że mnie nie chcesz. Przecież ja na prawdę jestem do niczego. 
Ale nie umiałabym się zabić. No cóż. Jak wiadomo, jestem tchórzem. Nie dam rady. Ja z niczym nie daję sobie rady. 
Już nic nie cieszy mnie tak, jak kiedyś. Nie uśmiecham się na widok słońca. Nie podziwiam zapachu kwiatów. Nie cieszę się z różnych rzeczy, które kiedyś czyniły ze mnie szczęśliwego człowieka. Dlaczego? Sama nie wiem. Zmieniłam się. Ta paląca tęsknota za Tobą. To ona mnie zmieniła. Niby jesteś obok, ale nie mogę Cię mieć. Nie mogę Cię dotknąć. To mnie niszczy. Niszczy od środka. Nie zdziwię się, jeśli oszaleję. Chociaż ja już oszalałam. Na Twoim punkcie. Nienawidzę za to jednocześnie siebie i Ciebie. Co za paradoks. Kocham Cię jak szalona i nienawidzę za to, że uczyniłeś mnie tą szaloną. Nigdy nie byłam tak pełna sprzeczności jak jestem teraz.
Weszłam do łazienki. Znów popatrzyłam na tą obcą dziewczynę w lusterku. 'Po jej policzku spłynęła łza. Otarła ją dłonią.' Nie umiałam w tej chwili nawet na siebie patrzeć. 
Drugie piętro tego rzeszowskiego bloku wypełnił odgłos tłuczonego szkła. Nikomu nie znane łzy potoczyły się po policzkach, a krew kapała na jasne płytki..

piątek, 13 lutego 2015

Czwarty, bo mocniej grzeje.

Trzeba przeżyć wszystko, co jest nam dane. Całą radość i cały smutek. Nieprzeżyty smutek, przed którym uciekliśmy i tak kiedyś nas dopadnie..

Obudziłam się w salonie na kanapie z ogromnym bólem głowy. O moich wczorajszych wybrykach przypomniały mi przewrócona butelka i kieliszek. Wstałam i ogarnęłam mieszkanie. Zażyłam jakąś tabletkę, bo ból był nie do wytrzymania. Spojrzałam na siebie w lustro. Wyglądałam strasznie. Rozmazany makijaż, wory pod oczami i rozczochrane włosy. Dobrze, że dzisiaj nie przyjdziesz. Wystraszyłbyś się na dobre. Zaśmiałam się do siebie. Postanowiłam, że zrobię dziś większe zakupy. Wybrałam się do marketu w centrum. Po kolei wkładałam różne produkty do koszyka, nie zapominając o nowym zapasie wina. Naszła mnie myśl, żeby kupić też coś mocniejszego. Zadowolona wróciłam do mieszkania i rozpakowałam zakupy. Starałam się o Tobie nie myśleć, ale nie potrafiłam. Po prostu zapełniałeś 90% mojej głowy. Zrobiłam sobie coś szybkiego do jedzenia i usiadłam przed telewizorem. Po kilkunastu minutach usłyszałam dzwonek telefonu. Z nadzieją pobiegłam do kuchni, gdzie leżał. Ale to nie byłeś Ty. Numer nieznany. 
-Halo? -Powiedziałam z zawachaniem.
-Cześć! -usłyszałam wesoły głos, który kojarzyłam. 
-Przepraszam, z kim mam przyjemność? -Zapytałam.
-Tu Krzysztof Ignaczak..
-Ach tak! Pamiętam. 
-No więc dzwonię w sprawie Nikolaya. 
-Coś się stało? -Przestraszyłeś mnie nie na żarty. 
-Eh, no właśnie chciałem zapytać, czy może nie ma go u ciebie, bo nie pojawił się na ostatnich dwóch treningach.
-Że co?? -Teraz to naprawdę zaczęłam się martwić.
-Czyli nic nie wiesz. -powiedział Igła ze zrezygnowaniem. 
-Rozmawiałam z nim ostatnio wczoraj rano, no i później poszedł właśnie na trening..
-Tylko się nie martw na zapas. Na pewno się znajdzie, to duży chłopak. -Igła starał się mnie od razu uspokoić.
-Pewnie. Nie miałam zamiaru. A jak będziesz coś wiedział, to dasz znać?
-Oczywiście. W takim razie, do usłyszenia.
-Tak, cześć. -Rozłączyłam się. Nie miałam pojęcia co się z Tobą działo. Byłam jednocześnie wściekła i zmartwiona. Zaczęłam chodzić po pokoju w tą i spowrotem. Wybrałam Twój numer. Od razu włączyła się poczta. Postanowiłam pojechać do Ciebie do domu, bo powoli świrowałam. Zapukałam. Nic, cisza. Zapukałam głośniej. Dalej nic. Zrezygnowana wróciłam do domu. Rzuciłam się na kanapę. Znowu zadzwoniłam. Dalej zero reakcji. Powoli wariowałam. Siedziałam nad telefonem, czekając na jakiekolwiek wiadomości. Ale on milczał. Odchodziłam od zmysłów. Po raz nie wiem który doprowadzałeś mnie do takiego stanu. Nienawidziłam w Tobie tego, że robiłeś co chciałeś i chodziłeś gdzie chciałeś, nie mówiąc nikomu. Po kilku godzinach czuwania, byłam tak zmęczona, że zasnęłam na siedząco. 
Obudziłam się i poczułam zapach kawy. Niewygodna pozycja snu też dawała o sobie znać. Wtem coś roztrzaskało się w kuchni, a ja podskoczłam. Sparaliżował mnie strach. Mimo to wstałam i cicho poszłam do sąsiedniego pomieszczenia. 
-O mój Boże! Normalny jesteś?! -Zbaczyłam Ciebie, jak zbierasz kawałki mojego ulubionego kubka, w dodatku krwawiłeś. -Zostaw to! -Posłuchałeś się i podniosłeś zranioną rękę.
-Witaj słoneczko. -uśmiechnąłeś się.
-Jakie słoneczko?! Gdzie Ty do cholery byłeś i co tu robisz? Weź tą rękę pod wodę. -Zaprowadziłam Cię do łazienki i w ciszy przemyłam skaleczenie, następnie zaklejając plastrem. Nie było to nic wielkiego. 
-A teraz proszę bardzo, czemu nie byłeś na treningach i nie odbierałeś, dlaczego tutaj jesteś i jakim prawem dotykałeś mojego ulubionego kubka?
-Chciałem zrobić ci śniadanie w ramach przeprosin. -Oczywiście ominąłeś główne pytanie.
-Nie za dużo ostatnio tych śniadań? -zapytałam, a pod wpływem Twojego boskiego uśmiechu złagodniałam. -Martwiłam się o Ciebie. -Powiedziałam, a Ty mnie przytuliłeś. 
-Wiem, przepraszam. To już się nie powtórzy. Miałem pewną sprawę do załatwienia. Wkrótce się dowiesz.
-Mam się bać?
-Niekoniecznie. -Zaśmiałeś się i pocałowałeś mnie w czoło. Następnie wspólnie zrobiliśmy to śniadanie. Nie obyło się oczywiście bez śmiania, łaskotek i wygłupów. Brakowało mi tego. Brakowało mi Ciebie. 
-Co powiesz na kino dziś wieczorem? -zapytałeś podczas zmywania naczyń.
-Pewnie, a jaki film?
-Jeszcze coś się wymśli. -Spojrzałeś na mnie i nie odrywałeś wzroku. Robiłeś tak już któryś raz z rzędu.
-Czemu się tak patrzysz?
-Brakowało mi twojego uśmiechu. -zarumieniłam się. Ty tylko się uśmiechnąłeś. Potem udałeś się na trening. Przeczuwałam, że zjadłbyś dzisiaj bigos, co tylko Twój sms potwierdził. Zrobiłam go sobie wcześniej, a teraz malowałam paznokcie. Zrobiłam też makijaż i założyłam kwiecistą sukienkę. Tak, właśnie tą, którą uwielbiałeś. Widzisz, zrobiłabym dla Ciebie wszystko. Ale Ty miałeś to daleko. Okazało się, że wypadło Ci bardzo ważne spotkanie z przeuroczą nową koleżanką. 'Dobrze, że postanowiłam kupić tę wódkę' pomyślałam i nalałam pierwszy kieliszek.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Trzeci, bo wschodzi coraz wyżej.

Uśmiech opromienia świat niczym słońce.
Wszedłeś do salonu i nalałeś sobie tego samego wina, w którym przed chwilą sama topiłam smutki, po czym wypiłeś jednym duszkiem. 
-Niko, co się stało? -Zapytałam cicho, a Ty popatrzyłeś na mnie smutnym wzrokiem. Podeszłam do Ciebie i przytuliłam. Nie mogłam uwierzyć, że jeszcze niedawno to Ty mnie pocieszałeś, a teraz te role się odwróciły. 
-Jestem w cholernej dupie Lui. To się stało. -Jako że byłam wzorową przyjaciółką nie pytałam o więcej. Mimo iż powinnam była. Nalałeś sobie kolejny kieliszek, który równie szybko opróżniłeś. Usiadłeś na kanapie. Nie mogłam patrzeć na Twój smutek. Rozdzierał mi serce. Ale jednak byłam przy Tobie. Jak zawsze. Bez marudzenia i ani jednego słowa sprzeciwu. Bez żadnych pytań. Bez niczego w zamian. A Ty dalej siedziałeś patrząc w ścianę. Rozpiąłeś tylko dwa guziki swojej bordowej koszuli, doprowadzając mnie tym do granic wytrzymałości. 
-Jest już późno Niko. Połóż się. -wyszeptałam. Ty sprawiałeś wrażenie zupełnie nieobecnego. Ale posłchałeś się. Kazałam Ci zostać u mnie. Pościeliłam łóżko. 
-Lui zostań ze mną. -wyszeptałeś. Zajęłam miejsce po drugiej stronie łóżka. Ty jednak przybliżyłeś się i objąłeś mnie w pasie. Moje serce naprawdę zaczęło szaleć. Byłeś już bez koszuli, czułam Twój oddech na ramieniu. Odwróciłam się delikatnie na plecy. A Ty już spałeś. Nie pozostało mi nic innego, jak samej zatopić się w marzeniach sennych.
Obudziły mnie przyjemne zapachy drażniące moje nozdrza. Wstałam i narzuciłam na siebie szlafrok. Następnie udałam się do kuchni, skąd dochodziły te zapachy. Widok, jaki zastałam, bardzo mocno uderzył mi do głowy. Stałeś tam sobie zwyczajnie, bez koszulki, w samych bokserkach, prezentując swoje idealnie wyrzeźbione plecy. Stałam tak z otwartymi ustami dłuższą chwilę, aż się nie odwróciłeś. Na widok Twojego torsu zabrakło mi tchu. Mimo to starałam się zachowywać normalnie. 
-Cześć. Co tak pachnie? -Zapytałam beztrosko.
-Chciałem ci zrobić śniadanie, w ramach podziękowań. 
-Podziękowań za co?
-Za wszystko. -Uśmiechnąłeś się. Poczułam się jakbym latała. 
-Ubrałbyś się może. -powiedziałam, niby żartując. 
-Przeszkadza ci to? -'nawet w oddychaniu' pomyślałam. Pokręciłam głową udając politowanie. Ty tylko uśmiechnąłeś się zawadiacko. Po kilku minutach stwierdziłeś, że wszystko gotowe. Chciałam wyjąć tależe z szafki, a chytry los jak zwykle mi to uniemożliwił. Potknęłam się przy stole, wpadając w Twoje nagie, silne ramiona. Oddech diametralnie mi przyspieszył. 
-Nic ci się nie stało? -zapytałeś z troską, aż się rozpłynęłam. Poczułam Twój dotyk. 
-Niko, ubierz się do cholery. -powiedziałam z irytacją. Ty tylko uśmiechnąłeś się i założyłeś jedną z wielu Twoich koszulek, które poniewierały się po moim mieszkaniu. Byłam świadoma tego, że jasno dałam Ci do zrozumienia, że podoba mi się Twoje ciało, ale musiałam to powiedzieć. Inaczej już dawno bylibyśmy w drodze do szpitala z podejrzeniem zawału serca. Zabraliśmy się do jedzenia. Musiałam Ci to przyznać, było wyśmienite. Odzyskałeś swój humor. Nie mam pojęcia dlaczego go straciłeś, ale cieszę się, że już wrócił ten stary, dobry Nikolay. Bo cóż ja bym zrobiła bez Twojego uśmiechu? Po kilkunastu minutach zebrałeś się i popędziłeś na trening. Jak codzień. W południe przyszedł zwyczajowy sms, tylko nie ze zwyczajową treścią:
'Dziś się już nie zobaczymy. Jutro też chyba nie dam rady.' I tyle? Nawet zwykłego 'sorry'? Albo wyjaśnienia? Nie odpisałam Ci. Nie uznałam tego za konieczne. Pomyślałam, że pewnie i tak nie masz czasu przeczytać. Zrobiłam wszystkie podstawowe obowiązki domowe i usiadłam z książką. Wciągnęła mnie do samego wieczora. Opowiadała ona o trudnym dorastaniu pewnej samotnej dziewczyny, pochodzącej z patologicznej rodziny. Piękna książka. Co prawda na końcu bohaterka popełnia samobójstwo, ale treść i przekaz ma naprawdę wartościowy. Właśnie wieczorem, gdy skończyłam czytać, odebrałam kolejnego sms'a:
'Przepraszam. Jeszcze ci to wynagrodzę.' Uśmiechnęłam się jak głupia. Widzisz, co Ty ze mną robisz? Wystarczy jedno Twoje słowo, a mi już serce mocniej bije. Dziś znów sięgnęłam po starego, dobrego przyjaciela - wino. Szczerze mówiąc, to jest ono przecudownym słuchaczem.

sobota, 17 stycznia 2015

Drugi, bo już muska promieniami.


Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy.

Obudziłam się koło południa. Nie wypiłam dużo, więc byłam jak nowo narodzona. W najgorszym tego słowa wydaniu. Ty jak zwykle wysłałeś mi SMSa:

'Wpadnę po treningu. Zrobisz coś dobrego? Mam ochotę na bigos :)'
No więc oczywiście zrobiłam Ci ten bigos. Uwielbiałeś go. Odkąd tylko tu przyjechałeś. Wzięłam też prysznic i ubrałam się w coś normalnego. Włosy związałam w kitkę. Przy Tobie mogłam wyglądać jak chciałam. Bez makijażu, bez strojenia, na luzie. Nie miałeś z tym żadnego problemu, a przynajmniej nic nie mówiłeś. 
-Hej, słońce. -Powiedziałeś, zaszczycając mnie swoją obecnością.
-Hej, hej. -Odpowiedziałam wzdychając. Nie miałam dzisiaj humoru, co od razu zauważyłeś. Ty zawsze byłeś uśmiechnięty i wymagałeś tego od każdego w swoim otoczeniu. A co już mówić u mnie. Nie rozumiałeś, że ktoś miał problemy, lub po prostu brak powodu do uśmiechu. 
-Przepraszam bardzo, dlaczego jesteś jakaś smutna?
-Przepraszam bardzo, niektórzy mają problemy, wiesz? -Odpowiedziałam. 
-Jakie problemy? Co jest Lui? -Zapytałeś kolejny raz.
-Nie pomożesz mi wszystkim Nikolay, nawet jakbyś nie wiem jak chciał. -Powiedziałam, a Ty zrobiłeś zdziwioną minę.
-Ale chcę bardzo, Lui. Chcę ci pomóc we wszystkim. -Przybliżyłeś się i swoim zwyczajem pocałowałeś mnie w czoło. -Jesteśmy przyjaciółmi, możesz prosić o wszystko. -Dodałeś. Ja tylko uśmiechnęłam się blado i pokiwałam głową. 'Jeśli poproszę, żebyś czuł do mnie to samo co ja do Ciebie, to też tak będzie?' pomyślałam. 
-Chodź jeść, bo wystygnie. -Zmieniłam temat i zaprowadziłam Cię do mojej małej kuchni. Po posiłku poszliśmy do salonu. Włączyłeś jakąś głupią komedię i położyłeś głowę na moich kolanach. Miałam teraz świetny widok na Twoją przystojna twarz. Nie zdawałeś sobie sprawy, jak bardzo mnie tak rozgrzewasz. Czując Ciebie, Twój dotyk po prostu wariowałam.
-Przepraszam na chwilę. -Podniosłeś głowę, a ja uciekłam do łazienki. 
-Wszystko w porządku? -zapytałeś przez drzwi, gdy ja siedząc na podłodze z twarzą w dłoniach, nie wychodziłam jakieś siedem minut. 
-Tak. -Odpowiedziałam, ale Ty nie dawałeś za wygraną. 
-Luiza, na pewno? -Znów zapytałeś, a ja otworzyłam. -Co się dzieje? -Usiadłeś obok mnie.
-Nic. -Wyszeptałam, połykając łzy. Zauważyłeś to i mocno mnie do siebie przytuliłeś. 
-Ej, słoneczko. Nie smuć się, bo ja będę płakał. -Znów chciałeś poprawić mi humor tymi swoimi głupimi żarcikami. Ja oczywiście udawałam, że mnie rozśmieszają. Tak, byłam idealną przyjaciółką. Znowu oglądaliśmy tą samą nudną komedię, a Ty trzymałeś głowę na moich kolanach. 
-Luiza? -Zapytałeś w pewnym momencie. 
-Tak? 
-Co byś zrobiła gdybym ci powiedział, że zmieniam klub? - Moje serce zaczęło szybciej bić.
-A zmieniasz? 
-Odpowiedz. -Zamyśliłam się. Chciałam powiedzieć, że tylko jedno Twoje słowo, a pojechałabym z Tobą na drugi koniec świata, no ale przecież nie mogłam.
-Nie wiem. Dalej bym Ci kibicowała. -Uśmiechnęłam się. -Ale nie zmieniasz, prawda? 
-Nie. -Ty również się uśmiechnąłeś. Usiadłeś i popatrzyłeś na mnie. 
-Czemu się tak patrzysz? -Zaśmiałam się.
-Pięknie wyglądasz, jak się uśmiechasz. -Powiedziałeś znowu doprowadzając moje ciśnienie do dziwnych wahań. 
-Ty zawsze pięknie wyglądasz, brzydalu. -Zaśmiałam się. 
-Ej, ładnie to tak? Będę musiał cię ukarać. -Powiedziałeś i rzuciłeś się na mnie z łaskotkami. Uwielbiałam te chwile, w których byłeś taki jak teraz. Byłeś sobą. Zauważyłam, że dziwnie się na mnie patrzysz. Tak inaczej.. a może to tylko wymysł mojej wyobraźni? Na pewno. 
-Niko, proszę. Przestań już. -Powiedziałam, pomiędzy napadami śmiechu.
-Przeproś ładnie.
-Przepraszam Cię bardzo ładnie.
-I co jeszcze?
-Przepraszam Cię najładniej, najprzystojniejszy zawodniku na świecie. -Zaśmiałam się, a Ty ze mną.
-O tak to przyjmuję przeprosiny. - Leżałeś teraz na mnie na kanapie, obejmując silnymi ramionami i uważnie przyglądając się mojej twarzy. -Dziękuję. -Powiedziałeś nagle.
-Co? Za co? 
-Za to, że jesteś. I że przy tobie mogę być prawdziwym sobą. -Nachyliłeś się nad moją twarzą i pocałowałeś w czoło. Ja musiałam powstrzymywać wszystkie części swojego ciała, które bardzo wyraźnie domagały się poznania smaku Twoich ust. Ty pocałowałeś mnie jeszcze raz w policzek i wstałeś. Następnie oznajmiłeś, że musisz się zbierać. Wyszedłeś, pozostawiając mnie na pastwę własnych, słonych łez.
Wieczorem znów przyszła wiadomość od Twojej osoby. 
'Która koszula będzie lepsza: bordowa czy szara?' 
Najchętniej widziałabym Cię bez żadnej koszuli, ale odpisałam:
'Do jeansów weź bordową.' 
'Dzięki słoneczko :)' 
Przeczytałam odpowiedź. Na samą myśl, że wybierasz się na kolejną randkę skręcało mnie w żołądku. Nie wyobrażałeś sobie nawet, jak bardzo cierpię. Włączyłam swoją ulubioną piosenkę i otworzyłam wino. Byłam już po trzech kieliszkach, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi, a następnie zobaczyłam w nich Ciebie. Tylko byłeś jakiś inny. Jak nie Ty. Bez uśmiechu..

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Pierwszy, bo dopiero świta.

To nie jest ko­niec, to na­wet nie jest początek końca, to do­piero ko­niec początku.

Od kilku dni męczyłam Cię, próbując wymusić odpowiedź na pytanie, jaką niespodziankę szykujesz na moje urodziny. Ty jednak byłeś nieugięty. Jak zawsze. Uparty i dążący po trupach do zachowania swoich postanowień. Uwielbiałam w Tobie tą cechę, która jednocześnie mnie irytowała. Byłeś tak pełen sprzeczności, ale zarazem idealny. Tym razem zbyłeś mnie wymówką treningu. Mimo, że miałeś go dopiero za dwie godziny. Nie chciałam Ci mówić, że znam plan całego Twojego dnia na pamięć i udałam, że Ci wierzę. No bo przecież byłam tylko Twoją przyjaciółką. Kimś, kto nie powinien aż tak bardzo ingerować w Twoje życie. Wziął byś mnie przecież za wariatkę. Ale ja wiedziałam o Tobie wszystko, więc być może rzeczywiście byłam wariatką. Czy osobę uzależnioną nazywa się wariatem? Bowiem byłam od Ciebie uzależniona. Chciałam spędzać z Tobą każdą wolną chwilę. A najlepiej każdą chwilę. Wiedziałam o Tobie rzeczy, których nawet Ty sam nie wiedziałeś. Ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Łudziłam się, że przekonam się już wkrótce.
I tak minął kolejny dzień. Po Twoim treningu już się nie widzieliśmy. Zrobiłam w domu wszystkie obowiązkowe prace i wzięłam kąpiel. Na telefonie już widziałam nieodebrane połączenie od Ciebie. Myślałam, że może znowu nie wiesz co ubrać na kolejną randkę z kolejną 'przypadkowo' spotkaną seksbombą. Miałam tego szczerze dość. Ale chciałam być przecież dobrą przyjaciółką. Zaciskałam zęby, uśmiechałam się i pomagałam Ci we wszystkim, o co tylko mnie poprosiłeś. Oddzwoniłam.
-Hej! - Usłyszałam w słuchawce Twój wesoły głos. -Masz jakieś plany na wieczór? - Zapytałeś. Nigdy bym się nie spodziewała, z czym teraz do mnie zadzwoniłeś.
-Właściwie to nie. - Odpowiedziałam zwykłym głosem.
-To idealnie. Musisz mi pomóc. -'Znowu' pomyślałam, ale nie powiedziałam tego.
-Do usług. -Zaśmiałeś się.
-Wskakuj w najlepszą sukienkę i idziemy się zabawić! - powiedziałeś entuzjastycznie.
-Że co proszę?
-Nie przyjmuję odmowy. Dawno nigdzie razem nie byliśmy. - 'Nigdy' pomyślałam. Moje ciśnienie diametralnie wzrosło.
-Ale gdzie się zabawić? -Starałam się przybrać jak najbardziej naturalną barwę głosu.
-No wiesz, taka impreza klubowa. Będą właściwie wszyscy. No proszę Cię, Lui. - Nie chciałam tam iść. Zawsze źle czułam się w towarzystwie Twoich znajomych. Ale tą 'Lui' mnie kupiłeś. Mówiłeś tak do mnie już bardzo dawno temu, gdy nasza relacja nie była jeszcze aż tak skomplikowana. Przynajmniej z mojej strony.
-Och, no dobrze. -odpowiedziałam.
-Wiedziałem, że mogę na Ciebie liczyć. Będę za godzinę. - usłyszałam i się rozłączyłeś. 'Za godzinę'?! Jak zdążę doprowadzić się do stanu pokazalności w godzinę? Myślałam, że nigdy w świecie. A tu proszę, stwierdziłam nawet, że w tej małej czarnej, bordowych szpilkach i pofalowanych włosach, wyglądam w miarę przyzwoicie. Otworzyłam Ci drzwi.
-O, wow. Nieziemsko wyglądasz. - Powiedziałeś, a moje serce mało co nie wyskoczyło.
-Och, dziękuję. - Poczułam jak moje policzki płoną. Tak dawno usłyszałam od Ciebie jakikolwiek komplement. -Ty też niczego sobie. -Dodałam, patrząc na Twoje ciemne spodnie i dżinsową koszulę.
-A dziękuję, dziękuję. Idziemy? -Zapytałeś. Pokiwałam głową. Przepuściłeś mnie w drzwiach, zamykając mieszkanie. Wsiedliśmy do Twojego drogiego samochodu, w którym nienawidziłam jeździć. Kolejny dowód na to, jak bardzo się różniliśmy.
-Ej, gdzie się podział uśmiech mojej najlepszej przyjaciółki pod słońcem? -Zapytałeś w połowie drogi, równocześnie go wywołując. -Znacznie lepiej. -Stwierdziłeś, po raz kolejny tego dnia powodując rumieńce na moich policzkach. Na miejscu otworzyłeś moje drzwi i pomogłeś wysiąść. Wziąłeś mnie pod rękę i prowadziłeś do środka. Nie powiem, że nic to dla mnie nie znaczyło. Chciałam, żebyś trzymał mnie tak przez cały wieczór. Ty miałeś jednak inne plany. Czułam na sobie te przeszywające spojrzenia innych kobiet. Właśnie tego najbardziej nienawidziłam w tych Twoich imprezach. Czułam się tam taka wyobcowana. Muzyka jednak zaczęła grać, a Ty ku mojemu zdziwieniu pociągnąłeś mnie na parkiet. Przez te kilka piosenek czułam się naprawdę wyjątkowa. Na oczach wszystkich tuliłeś mnie do siebie, podczas wolnego kawałka. I co? I tyle. Potem znów poszłam w odstawkę. Zacząłeś się bawić 'jak zawsze'. Miałam ochotę wydrapać oczy każdej lasce, z którą tańczyłeś. A było ich naprawdę sporo. Jednak grzecznie siedziałam przy barze. Czekałam na Ciebie, niczym stara żona. Nie miałeś pojęcia, jak bardzo tak naprawdę chciałam nią być. Około godzin popółnocnych przysiadł się do mnie jakiś miły mężczyzna. Do tego przystojny. Widziałam, że skupiał na sobie wiele spojrzeń i doszłam do wniosku, że musi być jednym z siatkarzy. Gdy zaproponował taniec, zgodziłam się z radością w głosie, szukając Cię wzrokiem. Przetańczyliśmy kilka utworów i włączyli wolny. Mężczyzna przycisną mnie do siebie, bujając w rytm. Podobało mi się to. Lecz gdy jego ręce zjechały na moją pupę zaprotestowałam. On jednak nie chciał mnie puścić. I wtedy znikąd pojawiłeś się Ty. Niczym książę w głupiej komedii romantycznej. Przyłożyłeś mu w twarz i zabrałeś mnie z lokalu.
-Wszystko w porządku? - Zapytałeś z troską.
-Tak. Nie musiałeś od razu go pobić. -Powiedziałam.
-Musiałem. Nie pozwolę, żeby ktoś chciał cię skrzywdzić. -Zmiękły mi kolana, a Ty przytuliłeś mnie do siebie i pocałowałeś w czoło.
-Dziękuję. -Wyszeptałam.
-Nie masz za co, słoneczko.
-Słoneczko? -Zaśmialiśmy się.
-No co, masz uśmiech niczym słońce. -Powiedziałeś, a moje serce zabiło z niebezpieczną prędkością.
-Jesteś pijany. -Stwierdziłam. Ty tylko się uśmiechnąłeś. Znów pocałowałeś mnie w czoło.
-Nie wypiłem nawet kropelki. -Powiedziałeś i otworzyłeś mi drzwi od auta. Wsiadłam. I zawiozłeś mnie pod moje mieszkanie. Zastała między nami cisza. Popatrzyłam na Ciebie, a Ty na mnie.
-Więc.. idę. -Powiedziałam.
-No to.. dobranoc. -Powiedziałeś. Nachyliłeś się i pocałowałeś mnie w policzek. Zaczerwieniona wysiadłam i uciekłam do mieszkania. Jeszcze chwila, a bym Cię pocałowała. Działałeś na mnie z przeraźliwą siłą. Coraz bardziej bałam się zostawać z Tobą sam na sam. Zsunęłam z obolałych stóp szpilki i w sukience rzuciłam się zmęczona na łóżko.